Slideshow

Chwila cierpliwości...

Skarby znalezione na plaży czyli urodziny Maxa


Każda okazja jest dobra na ognisko. Zwłaszcza w towarzystwie wspaniałej kompani. 
Dlatego Max nie musiał nas długo namawiać, żeby urządzić mu wyjątkowe urodziny na plaży. Dopilnowaliśmy wszystkiego: zamówiona pogoda (dzięki KK), wielka przygoda (przedzieranie się przez błota),  skrzynia skarbów (wielkie dzięki dla wszystkich za jej wypełnienie - takich "niepotrzebności" się nie spodziewaliśmy), a po zapadnięciu zmroku gorąca herbata od Wujka. 

Sobotnie ognisko tylko zaostrzyło nam apetyt na kolejne spotkania w terenie:)



Hu hu ha

Ten rok mieliśmy zacząć podróżami w śnieg ale...to śnieg przybył do nas. Monte Kazury, LAas Kabacki i dzikie brzegi Wisły muszą nam na razie wystarczyć do przygód. I, z ręka na sercu, nie mamy na co narzekać.
Nawet takie zimowe marudy jak Alex w śnieżnej i słonecznej oprawie nabierają ochoty na wystawienie południowego nosa za okno i urządzenie pikniku na skraju lasu.


W PODRÓŻACH o Indiach

W styczniowych Podróżach (01/STYCZEŃ 2015) nasze "naj" indyjskie:)



Max nadal wspomina nocny przejazd z Udajpuru do Nowego Delhi. Przejazdy indyjskimi kolejami za każdym razem dostarczają nam wielu emocji;)))






Dziarsko w Nowy Rok

Tak było na samiutkim początku roku, kiedy poświątecznie postanowiliśmy rozprostować kości. Nasza mała wyprawa miała być wróżbą na Nowy Rok: oby obfitował w liczne wypady i podróże!


Znów na falach! Czyli widać nas i słychac;)

Zeszły rok był dla nas rokiem medialnym. Zwłaszcza pod koniec.

W listopadzie razem z innymi podróżującymi rodzicami opowiadaliśmy o za i przeciw rodzinnych podróży (z naciskiem na "za").


https://www.facebook.com/magazynpodroze/photos/gm.1511250392494649/10153344949934552/?type=1&theater


Tuż przed Sylwestrem wspominaliśmy  jeszcze naszą syryjską przygodę w Radio Bajka w ramach audycji "Z berbeciem po świecie". Raz jeszcze dziękujemy Katarzynie Bąkowicz, prowadzącej program, za zaproszenie.

Przypominamy, więcej o Syrii i Beżowych (wówczas  w liczbie 3) można znaleźć TU

Gościnne występy - Radio Bajka

Ostatnio trochę nas było w mediach. Z dziką rozkoszą stawialiśmy się na wezwanie radiowej "Trójki" w różnej kombinacji (Basia&Alex, Basia&Max). Ostatnio mieliśmy przyjemność gościć w audycji Katarzyny Bąkowicz "Z berbeciem po świecie" w Radiu Bajka. W rytmie piosenek z bollywoodzkiej super produkcji opowiadaliśmy, a jakże, o naszej wielkiej miłości do Indii. Zwłaszcza w wydaniu podróży rodzinnych. 
Kto się nie załapał "na gorąco" może odsłuchać



Irlandia w pigułce czyli kolaż na zakończenie



Irlandia nas nie rozczarowała - śmieci, folderów, liści, etykiet, mapek było aż nadto. Miesiąc po powrocie powstał kolejny kolaż.

 




Herbatka w górach

Godzina za kierownicą wystarczy, żeby wyrwać się z Dublina. Zamienić małe, stłoczone domki, płaskie uliczki na szeroką panoramę  Wicklow. Jak dla nas - idealnie. Po irlandzku - do ogarnięcia, z buta, bez zadyszki. Pierwszy szlak, który Melaka przeszła na własnych nogach. Plus góry i wrzosowiska. Szkoda tylko, że tak krótko. 

Urokliwe szlaki

Dwie twarze Dublina

Za pierwszym razem kontakt był krótki i intensywny. Ciasno, brudno, ciemno, smutno. Po niecałej godzinie spaceru uciekliśmy do parków, żeby porażająco wykoszonymi trawnikami, przemykając pod drzewami wrócić do samochodu. 
Przekonani, że jedynym słusznym sposobem poruszania się po Irlandzkiej stolicy jest autobus (w zasadzie cały dzień moglibyśmy go zwiedzać z perspektywy pierwszego piętra pojazdu) niechętnie daliśmy się namówić na kolejną wizytę w "centrum".
Niejako przypadkiem trafiliśmy na doki. I wszystko co dookoła: przestrzeń, ciekawą architekturę, kanały, i życie, którego brakowało nam w "starej" części miasta.
Może sprawiło to słońce, które zalewało Dublin, może już zdążyliśmy się przyzwyczaić do irlandzkiej skali życia - nie wiem. Grunt, że z chęcią tu wrócimy. 

W tle Dublin. "Stary" Dablin.

Właściwa perspektywa

Razem ale osobno

Fajnie podróżuje się z dziećmi. A jeszcze fajniej podróżować z dziećmi i mieć szansę na chwilę dać im od nas odpocząć, poznawać świat na własną rękę, spędzać czas z rówieśnikami.

Irlandia okazała się być wyjazdem jak ze snów - razem, ale czasem osobno. Bo dzięki Majce i Pawłowi, Tomkowi, Szymkowi i Krysi, przynajmniej raz dziennie jesteśmy przez chwilę sami. Jak za dawnych lat: Basia i Alex. Wystarczająco długo, by zrealizować jakąś trasę w bardziej sprinterski sposób. Albo skupić się zupełnie na sobie. W tym czasie Max z Melaką oddają się dziecięcym zabawom z długo niewidzanymi braćmi i siostrą. Gonią mewy, szukają muszelek, kopią dziurę w głąb ziemi, włażą na drzewa. Nawet nie zauważą, że w między czasie nastąpi rodzicielska zmiana. 

Dużo dzieci nie musi oznaczać wielkiego bagażu

Ekipa w pełnym składzie

Tam, gdzie wzrok się gubi

Irlandia to kieszonkowy kraj. Wszytko na wyciągnięcie ręki. Wszystko malutkie. Przyzwyczajeni do innych przestrzeni usiłujemy się na nowo uczyć oceniania tego, co blisko, a co daleko. Wiele zależy od chmur. Ale nie tylko. Nasze drzewa są duże. Tutaj (o ile w ogóle) są małe. Kiedy więc oceniamy odległość nieustanie się gubimy. To co za oknem wydaje się być z pół kilometra dalej nagle się przeskalowuje, zaraz po tym jak na widnokręgu pojawi się człowiek. Jest tuż obok.Wzrok nam się również pogubił na klifach, gdzie niebo zlewa się z morzem.





Plaża, wietrzna plaża

Podróżowanie liniami ekonomicznymi niezwykle pomaga rozwijać systemowe pakowanie. Przygotowanie się na "cztery pory roku codziennie" - jak nas uprzedzono - stanowiło lekkie wyzwanie, ale skończyło się na trzech małych kabinówkach i to z prezentami i przesyłkami dla rodziny włącznie.

Odpowiednia kombinacja mniej lub bardziej wiatro- i wodoszczelnych warstw zapewniła nam zupełny komfort na szarej od chmur plaży. Wystarczyło nam ubrań, żeby móc przebrać przemoczone dzieci (bynajmniej nie od deszczu a od polowania na skarby po kostki w wodzie), brudne dzieci (chodzenie na skróty do parku), potłuczone dzieci (skok na twarz z bagażnika samochodu). 

Bagaż ograniczyliśmy zapobiegliwie - spodziewając się wielu znalezisk. Po pierwszym dniu pobytu zapowiada się ostra selekcja skarbów przed wylotem. Albo trzeba będzie dokupywać dodatkowe kilogramy u przewoźnika.

Tak się zaczynało...

Przygoda na wyspie

Dzieci pakowały się przez tydzień. Pożyczone od ciocoi Kasi walizki intensywnie były pakowane, po czym ładowane na "pokład" w salonie, na kanapie. Mama musiała do znudzenia powtarzać ćwiczenia ratunkowe w zastępstwie stewardesy po czym żegnać pasażerów lądujących w Dheli, w Londynie, Moskwie czy gdzie tam jeszcze Maxowi i Melace wydaje się, że chcieliby lecieć.
Wreszcie przyszedł upragniony dzień. Walizki zamiast na kanapie zostały złożone w prawdziwych lukach bagażowych, a dzięki turbulencjom podczas podróży "na prawdę" można było przećwiczyć zapinanie i rozpinanie pasów. Masek tlenowych nie było - co za zawód.

Irlandia powitała nas zupełnie nie w irlandzkim stylu - ciepłym wiatrem i pogodnym niebem. I jeszcze te tłumy Polaków wokół - Mamo, ale czy my na pewno jesteśmy za granicą? - pytał podejrzliwie Max?

Szok kulturowy






Z Nomadami na Polesiu

Wakacje już się kończyły, kiedy wreszcie udało się nam dalej ruszyć. Kierunek wschód, a dokładniej Poleski Park Narodowy. Bo nie za daleko, bo pusto, bo dziko, a na dodatek na miejscu czekała na nas ekipa poznana przez Klub Nomadów.
Dwie noce pod namiotem, trzy dni spędzone na wędrówkach przez bagna, na rowerach i z wiosłem w dłoni. Biorąc pod uwagę że na sam koniec efektownie wypadliśmy z kajaka, wyjazd pozostanie w naszej pamięci na długo. I już czekamy na kolejny wypad pod hasłem Wędrówek Nomadów.



Wolny, choć dzieciaty

- Nie wychodzę, bo mam dzieci - powtarzane jak mantara. Fakt, kiedy się jest rodzicem bez zaplecza niani, z pracującą babcią, siostrą w zimnych krajach za morzem, łatwo nie jest. Ale, że się nie da? Ależ skąd!
My uwielbiamy wychodzic. Zwłaszcza w letnie wieczory. Wielką przyjemność sprawia nam szlajanie się po mieście (w innych niż nasza szerokościach geograficznych zwykle tętniącym życiem), wdychanie zapachu rozgrzanych chodników, słuchanie szumu parków, który wreszcie można usłyszeć. Oglądanie znanych a nierozpoznawanych nocą miejsc.
Ale, żeby móc wychodzić na nocne włóczegi, trzeba się jakoś organizować. My zabieramy nasze dzieci ze sobą. Jak? Oto jedno z rozwiązań;)




ps. na codzień NIE UŻYWAMY wózków;)

Indiańska przygoda

Najlepiej udają się nam szybkie i intensywne wypady. Mały plecak, w plecaku kilka rzeczy na krzyż i w drogę! Z takim bagażem trafiliśmy do Cieksyna, a dokładniej w jego okolice, gdzie śród lasów i rzek rozbiło się 470 Indian z...Polski i bliższych i dalszych okolic. 


Do pracy rodacy!

Nie ma jak wyciskać z siebie siódme poty w żarze południa. Tak bardzo wciągnęło nas grabienie, zwożenie, koszenie, karczowanie, chłodzenie się w rzece i lans na kocyku   że na zdjęcia nie starczyło czasu.

Zagórzeni

Jura ma wielką siłę przyciągania. Wróciliśmy! Miało być pół tygodnia a wyszły dwa dni. Czterdzieści osiem godzin wieczornych spacerów i rysunków o zmierzchu, wdrapywania się na skały, kapieli, wspinaczki po rozgrzanych skałach. Że krótko? Każda chwila liczy się tu więcej.



Zróbmy to inaczej

Zanim pojawiły się dzieci nasze kalendarze przyjemnie czerwieniły się bliskimi-dalekimi wyjazdami. Stolica tu, region tam. Na szybko, na tydzień, na weekend, na chwilę.
Potem jakoś tak się porobiło, że jeździliśmy dalej i na dłużej. I wcale nie zamierzamy tego zaprzestać, ale...

...nasze dzieci dowiadują się od nas o wielu miejscach, które:
1. nie są Indiami
2. nie są na bliskim Wschodzie
3. a choć względnie dalekie są nam bliskie dzięki koniunkturze na polskich pracowników - mamy czasy, kiedy "do rodziny w odwiedziny" lata się samolotem

Zatem idąc z duchem czasów rozpoczynamy nowy rozdział w rodzinnym podróżowaniu. Tymczasowo zmieniamy nasze wysłużone pojemne plecaki na wersję "slim"  - śliczniutkie, nowiutkie kabinóweczki - i zaczynamy podbijać Europę. Pierwsze bilety właśnie wydrukowaliśmy. Ruszamy jesienią.

Na początek kierunek Irlandia!

Plaża dzika plaża

Nieopodal domu mamy nasz mały raj. Piach, rzeka, ptaki i (przynajmniej jak do tej pory) względne pustki. Oswoiliśmy kawałek Wisły. Plaże, gdzie nie ma lanserów, knajp, straży miejskiej. Zero infrastruktury. Kilku nudystów gdzieś w oddali, czasami psiarze, dzieciaci jak my, którym nie spieszno się ścigać trasą gdańską nad tłoczne morze. Komary? Bywają. Sporadycznie zabłąka się kładowiec przeganiany krzywym wzrokiem plażowiczów. Można siedzieć od rana do wieczora, kończąc dzień przy ognisku. Bez pośpiechu. Z dobrą książką czy szkicownikiem na kolanach. Bez względu na pogodę.