Slideshow

Chwila cierpliwości...

Indie z dziećmi – must see

Na bieżąco trudno jest ocenić, co tak naprawdę nas zachwyca. Dopiero z dystansu kilku tysięcy kilometrów, grzebiąc we wspomnieniach przywiezionych znad Gangesu, uświadomiliśmy sobie, gdzie naprawdę byliśmy szczęśliwi, co nas najbardziej zachwyciło czy oczarowało. Zatem przedstawiamy subiektywną listę „must see” z naszej ostatniej podrózy. Krótko mówiąc: co spośród wszystkich miejsc, jakie dane nam było odwiedzić, zapadło nam najbardziej w pamięć.

Rishikesh – Absolutny Nr 1. Przyznany za: przepiękne, zalesione góry wokół świętego miasta, wspaniałą atmosferę miejsca pielgrzymkowego, niezapomniane chwile spędzona nad strumieniem (podobno w okolicy jest więcej takich miejsc), olbrzymi taras, który da tyle radości dzieciom i plany fotograficzne non-stop.

Ghaty w Rishikeshu o zmroku a w tle idące spać góry.

Rozczarowania

Na sam koniec smutna historia upadku Bogini. W Indiach Melka była noszona na rekach – dosłownie i w przenośni. Kiedy Max krył się przed ciemnymi rękoma chcącymi go pogłaskać Melaczka wystawiała swoja puciowatą, wyszczerzona paszczę na głaski.
- Patrzcie na mnie, jestem piękna – krzyczała całą sobą nasza roczna córeczka.
Na lotnisku w New Delhi wzbudzała jeszcze zachwyty. W samolocie do Europy łapała uśmiechy hinduskiej części pasażerów. Na lotnisku w Helsinkach miała już problem ze zogniskowaniem na sobie spojrzeń. W samolocie do Polski, wśród wypranych, burych, bladych rodaków stała się rozwrzeszczanym dzieciakiem, które wszystkim przeszkadza maszerując wśród siedzeń. Strasznie przykro było patrzeć w te wielkie zdziwione oczy: Mamo, dlaczego oni mnie nie widzą?

Ale dlaczego?

Wszystko co dobre...

...kiedyś się kończy. I nasza wyprawa również nieubłaganie sięgnęła finiszu. Ostatni przejazd rikszą na dworzec lotniczy Indiry Gandhi. Akceptacja, a nawet zadowolenie Maxa z przemieszczania się po New Delhi połaczone z żalem, że musimy wyjeżdżać. Obietnice, że wrócimy jak najszybciej się da. Śmieszne uczucie wchodzenia na lotnisko, jak do siebie. Wspominanie pierwszych chwil tej podróży, kiedy skwar wydawał się nam nie do zniesienia. Dziś wszyscy mamy bojówki, wysokie buty i bluzy i nie stanowi to problemu.
W sali odlotów dzieci dostają świra. Ogrom śliskiej posadzki i mnóstwo wózków bagażowych to zbyt wiele, żeby wysiedzieć na miejscu. Ale co tam – przed nami kilkanaście godzin podróży, dwa samoloty – trzeba dać młodzieży szansę na zabawę.
Odrywając się od ziemi wracamy do naszych polskich spraw, problemów, które z perspektywy Indii wydają się po prostu śmieszne. I na tym polega jeden z powodów, dla których lubimy podróżować – daleko od domu wszystko widać lepiej.

Znajdź różnice: 19.09.2012 i...

12.10.2012

Nowe Delhi

Od początku, kiedy zaczęliśmy sześć lat temu naszą przygodę z Indiami marzyło się nam przejść niewidzialną granicę przewodników i miejsc typowo turystycznych. Chcieliśmy móc odkrywać Indie nie takimi jakie się je chce nam pokazać – z perspektywy pałaców maharadży czy rezerwatów, nie takimi, jakimi Indie mogą być skrajnie, brodząc po kostki w stertach śmieci i ze wstydem przyglądając się ubóstwu – ale takimi jakie widzą ją Hindusi klasy średniej.
I udało się nam wreszcie tym razem. Dzięki Sebastianowi i jego rodzinie nasze ostatnie dni w Indiach były czasem odkrywania zupełnie nowego kraju.
Najpierw postanowiliśmy się przekonać, co to znaczy galeria handlowa w Indiach. Szczerze mówiąc spodziewaliśmy się lepsiejszej wersji bazaru na Old Delhi. To co zastaliśmy w Select City Walk przeszło nasze najśmielsze oczekiwania. To miejsce dla wszystkich, którzy zmęczeni są doświadczaniem Indii w podróży. SCW to forteca przepychu i konsumpcji pilnie strzeżona przez odziały ochrony i ogrodzenia. W środku, za kotarą klimatyzacji, koktajl orientu ze światem zachodu. Obok ekskluzywnych sklepów z sari jest Zara, Promod i inne takie. Na galerii kuchnie świata, a na dole wypasione sklepy spożywcze. Zjawiskowi są sami klienci – piękni, żywcem wyjęci z superprodukcji bollywoodzkich: długonogie heroiny w markowych ciuchach i piękni herosie, nawet słusznego wzrostu idą niespiesznie rozglądając się po wystawach. Za nimi kroczy chłopiec sklepowy z wózkiem lub siatami. A na końcu my: w naszych podróżnych uniformach, wymięci, zakurzeni, spaleni z dziećmi, które dopiero co jadły pizze z sosem pomidorowym.
Upojne cztery godziny minęły nie wiadomo kiedy. Byliśmy już spóźnieni goniąc za taksówką (tak, taksówką, bo pod SCW rikszy nie było) żeby zdążyć na spotkanie w Hauz-khas village. To miejsce dla miłośników klimatów ze starego Paryża, prawobrzeżnej Warszawy, niekomercyjnego Berlina. Labirynt galerii, restauracji, knajpek, sklepików ze starymi plakatami, muzyką czy biżuterią. A to wszystko oparte o ruiny (wejście bezpłatne) jednej z najstarszych części stolicy Indii. Starożytne budynki otacza park, z wielką sadzawką, mnóstwem ptaków i nienadętych mieszkańców New Delhi. Tu nie jesteśmy atrakcją (nie licząc Maxa, który miał profesjonalną sesję zdjęciową). Spokojnie możemy siedzieć na murach, majtać nogami i oglądać mecz piłki nożnej rozgrywany wśród ruin. Dzień kończymy późną nocą. Ostatnią tej podróży.

Takie Indie też można zobaczyć.

I po zakupach...

Za chwilę słońce się schowa za ruinami.
Max! A teraz powoli pociągnij nogi do góry i cofaj się. Wolniutko. Tu jest bardzo wysoko - nawet nie chcecie wiedzieć jak bardzo.



Niespodzianka

Z pisaniem bloga podczas podróży jest ten problem, że ostatnie posty giną zazwyczaj gdzieś między pakowaniem zakupów, bordowaniem się na lotnisku, pralką pachnącą minioną podróżą i bezlitosnym kalendarzem, który pokazuje, że przygoda się skończyła. Nasze na szczęście się znalazły. 

Lotnisko w Helsinkach: Warszawo, nadlatujemy!